|
|
Wiecie, straciłam przyjaciół. Jeśli mogłam tak o nich mówić – oczywiście.
Mówię do nich już tylko cichym, spokojnym głosem, jakiego wcześniej nie słyszeli.
Smutek i wycofanie same kształtują barwę mojej niedosłownej nigdy mowy.
Jestem zmęczona.
Tęsknię za nimi, mam im za złe bezpodstawne oskarżenia, a mieszkać przyszło mi z „wrogiem numer 1″.
Czyż mój świat nie jest wspaniały?
Spędzę najbliższy weekend w błogiej samotności. Jakże mi z tym dobrze.
Cóż może być przyjemniejszego od leżenia, patrzenia za okno i słuchania muzyki?
I jeszcze spania. Nic chyba nie jest mi teraz bliższe od snu.
Jak dobrze, że w śnie się nie myśli.
Czemu serce przyspiesza mi niebezpiecznie i w gardle mnie ściska, kiedy tylko mam kontakt z do niedawna tak bliskimi mi osobami?
Nie umiem już spokojnie odebrać telefonu. Nie potrafię wyjść z ich pokoju o spokojnym sercu.
Muszę tam czasem wejść. Zostawiłam tam zbyt dużo rzeczy.
Ja już lepiej skończę.
Nie chcę powtarzać po raz 20 tego samego. Mam jeszcze komu mówić o takich rzeczach.
Niczego nie chcę, niczego mi nie musicie życzyć.
Może spokoju… i… chęci moim przyjaciołom, których w godzinę przyszło mi stracić.
Mogliby zechcieć kilka spraw wyjaśnić.
Uwierzy w to ktoś? Cieszę się z końca ferii. Spędziłam niesamowicie niekonstruktywne 2 tygodnie w domu, odcięta niemal od świata ludzi.
Mój wegetarianizm idzie pełną parą. Co prawda mamusia karmiła mnie wbrew mojej woli rosółkiem – karmiła dosłownie, łyżką, rozlewając przy tym na całe moje łóżko.
Od dzisiaj katuję się dietą jogurtową. To dość dziwne, ale dzięki tej diecie w ogóle jem normalne posiłki. „Normalne”… Chyba wyniszczę swój organizm… Tak jakby trochę się boję…
Tylko co ja mam właściwie zrobić? W poniedziałkowe poranki nie ma śniadań, więc gdyby nie ten jogurcik truskawkowy od wspaniałej firmy, której nazwy boję się zdradzić przez ACTA, to nic bym nie jadła. Zdradzę też, że jogurcik pitny od tego samego dystrybutora stanowił moje cudowne drugie śniadanie. On i w międzyczasie cudownie naturalny sok pomarańczowy, którego nie oddałabym za żadne skarby.
Jak to jest, że sok pomarańczowy tak niesamowicie poprawia mi nastrój? Nawet kiedy wisi nade mną wizja siedzenia w szkolnych murach do 15 godziny, z chemią i geografią na ostatnich 2 lekcjach. Czyż to nie cudowne działanie? Takie moje prywatne antydepresanty – sok pomarańczowy i jogurt.
I zrobiła właśnie herbatę z cytryną. Mój wegetariański, wyczulony nos jest szczęśliwy. Ach, co u moich lokatorek? Bez zmian, ale jakoś dziwnie cieszę się, że są jakie są. Zastanawiam się, wobec kogo powinnam być lojalna i czy nie byłoby lepiej, gdybym powiedziała I jak to na serio jest z tym F, który ją co chwila nakręca i żartuje z niej. Jakieś pomysły? Lokatorki vs Faceci, z którymi prawie mieszkam?
Rozpoczął się nie opisalnie przepełniony pracą drugi semestr. Jakież to piękne! Dość mam marnowania życia na nicnierobieniu. To było na prawdę frustrujące… Trochę powieści przepisałam, ale co z tego, skoro większość czasu spędziłam na nerwowym obijaniu się?
Wolę martwić się jutrzejszymi lekcjami, nadchodzącymi sprawdzianami, spędzać czas na niewłaściwym piętrze, śmiejąc się jak tylko tam się da i zastanawiając się, co tak właściwie mają w główkach moje koleżanki z pokoju.
Dobrze mi tu.
Życzcie mi jeszcze tylko szczęścia w miłości, bo jakoś nudno i samotnie mi bywa ostatnio.
Dochodzę do wniosku, że nienawidzę całego świata.
Zwariować można od nieustającego kataru i krytycznego braku rozmówców.
Całe województwo, w którym teraz siedzę, ma normalne zajęcia lekcyjne, a moje kontakty ze starymi znajomymi i bez tego wyglądają dość powierzchownie i kiepsko.
Połowa ferii już za mną, a ja zaraz coś/kogoś rozniosę. Jak można siedzieć cały tydzień w domu, psuć sobie nerwy na urzekanie z psychicznie niestabilnym chyba bratem i matką, o której nie chce mi się mówić? Katar, katar, katar.
Ja chyba nie przeżyję tych ferii.
Jeśli nie rozwalę głowy tłukąc nią w ścianę, to w najlepszym wypadku pod koniec stycznia będę warzywem.
Co ja robię całe dnie?
Wkręcam biedne dziewczynki na czatach, piszę z ludźmi o problemach, których istnienia nie mają świadomości albo je ukrywają, łapię się jak tonący brzytwy kontaktu z jakąkolwiek piśmienną istotą.
Teraz w dodatku jestem u babci i śpię w pokoju, w którym co pół godziny dzwoni stary drewniany zegar, a od 7 rano drą się wszyscy z pokoju obok. Babcia z córcią i wnusiem.
Psycho. Psycho. Psycho.
Tak na pocieszenie – przepisuję moje ręczne zapiski co do książki. Pół roku wypruwałam sobie żyły, żeby jak najwięcej ogarnąć na kartkach papieru. Na tą chwilę próbuję to przepisać, ale oczywiście wredne krasnoludki ukradły mi kartkę z bardzo ambitnym monologiem i płakać mi się chce nad beznadziejnością i bezsensem moich starań.
Idę się wieszać.
Pozdrawiam, żeńska wersja Syzyfa.
Zaraz zwariuję. Wszystko, byle nie spać.
Po 1 przestałam pisać z moim byłym o jego aktualnych obiektach westchnień. Ambitne tematy poruszamy. Poszedł spać, zostawiając mnie sam na sam z nocą.
Zrobiłam herbatkę, ukradłam bratu jogurt i za moment zacznę wyć, bo nie mam co ze sobą zrobić.
Jestem na etapie jęczenia, że świat ma mnie w dupie, a ja świata nie. Jestem na etapie zazdroszczenia mojemu byłemu układającego się żywota, którego mi brak. Jestem na etapie szukania sobie miejsca.
Primo – już kompletnie nie interesuje mnie bieganie za facetami. Mam przez to niesamowicie rozchwianą psychikę, to nie na moje nerwy. Jeśli któryś będzie zainteresowany – wtedy będę się martwić. Na tą chwilę dość mam marzeń, fantazji i bezsensownych nadziei. Nawet nie mam z kim ich wiązać.
To musi brzmieć jak wyrzucanie żali przez zbuntowane emo, któremu właśnie złamał się paznokieć. Masakra…
Secundo – w dupsku mam postanowienia. Po co mi coś na rok? Mi potrzebne zasady życiowe, a nie dziecinne plany.
Więc jak będę żyć? Bez mięsa, ograniczając jaja. Fuj… Wracam do zwyczaju picia zielonej herbaty. Przyda mi się też trochę dystansu, odrobina poukładania, garść uśmiechu. Przez najbliższe pół roku jeszcze mogę towarzyszyć moim kolegom i życiu codziennym, później i tak wynoszą się z internatu. Przydałoby się zmienić towarzystwo na bardziej otwarte. Za mało wokół mnie ludzi, którzy żyją tak po prostu. Moja A. jest może i twórczym stworzeniem, ale bez życia i zapału na co dzień.
To tak na teraz. Za trochę trzeba będzie zdać dobrze maturę, żeby dostać się na UJ. Oj chciałabym… Dziennikarstwo i filologia polska, jako drugi kierunek na jakimś mniej wymagającym uniwersytecie. Mam chyba tendencję do zmieniania środowiska… I jak tu znaleźć sobie miejsce? Już po 2… Ciekawe jak to ze mną będzie… Znów ucieknę długie kilometry od domu czy może pójdę na studia do Wrocławia, do którego ślą mnie odkąd poszłam do przedszkola?
A potem zatrudnię się na kasie w Żabce, wynajmę kawalerkę i tak dotrwam do emerytury, po czym będzie już tylko gorzej.
Herbata mi się kończy.
Nie wiem co będę teraz robić. Wiem tylko, że nie chcę spać. Może dorwę się do tajemniczego pliku tekstowego, który zawiera moje nieskończone nawet w połowie powieścidło? Tyle że pisanie do samej siebie mnie nuży… Potrzebuję towarzystwa na długie, ciche wieczory i noce. Kogoś, kto będzie chodził spać później ode mnie.
Właśnie zaczynają się moje ferie, a ja już wariuję z braku zajęcia i możliwości spotkania się z kimkolwiek.
Od środy choruję, od czwartku jestem w domu, a wczoraj prowadziłam ostatnią rozmowę telefoniczną z kolegą, mieszkającym 160 kilometrów ode mnie. Z resztą… nawet gdyby to było 16 kilometrów, to nie mogłabym się z nim widzieć. Kolejny dobry kolega mieszka już jedyne 150 kilometrów stąd, więc liczby są bardzo pocieszające.
Siedzę od rana w szlafroku i nie umiem sobie znaleźć miejsca, a na dźwięk muzyki mam już odruch wymiotny, mój mózg nie zniesie kolejnej dawki piosenek utrzymanych w ciężkim brzmieniu, na inne z kolei nie mam ochoty.
Starzy znajomi mają nowych znajomych, a przede wszystkim – mają lekcje od poniedziałku do piątku przez cały okres moich ferii.
Jeśli nie zwariuję do końca stycznia, to będzie pięknie.
Mamusia bardzo mnie wspiera w mięsa niejedzeniu, serwując jako piątkowy obiad schabowego. Nie dam się…
Niech ktoś posprząta mój pokój i znajdzie jakieś twórcze zajęcie dla mnie…
Główna bohaterka mego powieścidła u psychologa opowiada o samobójstwie ojca i jego wpływie na matkę. Tylko dla wyrozumiałych.
- Czemu była taka?
- Bolało ją. Straciła dziecko i męża. Zgubiła sens życia i uśmiech. Ludzie lubią obwiniać innych, a ona nie miała kogo. Sarnę? Lekarzy, którzy nie mogli jej pomóc? Nieżyjącego męża? Obwiniała więc siebie. Uznała się winną śmierci najwspanialszego człowieka, jakiego poznała, ponadto winiła się za odejście jego nienarodzonego syna. Zawsze chciał przecież syna. Jakimż zawodem musiało być moje pojawienie się na świecie. Moje, nie pierworodnego. Zawodem odczuwanym przez matkę, chodź z biologicznego punktu widzenia to nie była jej wina. Miała przynajmniej na kim się rozładować.
Milczała patrząc w dal bez emocji. Tylko ciałem była przy nim. Pozwalał jej na to, notując rubinowym piórem w notesie.
- Jak odszedł? – zerkał zachęcająco, czekając długą chwilę na odpowiedź.
- Rzucił się do Wisły. Mówili, że zrobił to nieświadomie, pod wpływem alkoholu, mnie to jednak nie przekonuje. Chciał to zrobić. Cierpiał patrząc na moją matkę, jej przepełnione goryczą spojrzenie, zatracone w zmartwieniach oczy. Uciekł.
Uśmiechała się ironicznie, nonszalancko. Miała przed oczami ostatnie dni z ojcem.
- Wie pan, to dość przykre. Miałam w zwyczaju czekać wieczorami pod drzwiami mojego pokoju, aż ojciec przestanie pić i ułoży się do snu. Dzień po dniu przez miesiąc. Tego dnia też czekałam. Długo… a on wciąż chodził po domu. Gdy już wszedł do sypialni i zamknął za sobą ciężkie drzwi, chciałam wsunąć się do łóżka, ale on nie zamierzał spać. Wyszedł znów na korytarz. To było dziwne. Gdy już patrzył na leżącą w łóżku mamę nie opuszczał jej do rana. Uchyliłam bezdźwięcznie skrzydło i obserwowałam, jak ubiera płaszcz, chowa whisky w wewnętrzną kieszeń i smutniejszy niźli kiedykolwiek wychodzi z domu. Nigdy nie wychodził. Potupałam boso do okna, odprowadziłam go wzrokiem. Gdybym ja wiedziała, że to ostatni raz…
Spojrzała na ścienny zegar, świadoma upływu czasu. Musiała już iść. Uśmiechnęła się smutno do terapeuty, myślącego jakby o tym samym. Wstała z kozetki, poprawiła podwiniętą lekko ołówkową spódniczkę i sięgnęła po złożony na fotelu sweter. Ubrała go niespiesznie, myślami będąc przy ojcu. W kopertówce miała zdjęcie, które nosiła z sobą od lat. Ich wspólne zdjęcia, kiedy to szli górskim szlakiem, gdy siedziała mu na barkach, znużona żarem nieba i nieświadoma do końca szczęścia, jakim była obdarzona. Czas tak powoli płynął na jego ramionach. Wyszła na korytarz, a nim opuściła budynek, spędziła cicho długie minuty w poczekalni, zapatrzona w ukochaną fotografię, nadgryzioną przez czas i wypaloną słonymi złami.
Tomasz patrzył na łzy zranionej żony. Musiał tłumaczyć córce odejście niewidzianego brata. Może gdyby pojechał główną drogą… Może gdyby uważniej obserwował las… Może…
Nie mogąc unieść na swych barkach bólu zasianego w tak bliskim dotąd domu coraz częściej wolał podnosić kryształową, żłobioną szklankę z odrobiną dobrej whisky, o tyleż lżejszą i milszą mu wtedy. Pewnego razu nie chciał już trzeźwieć.
Zabrał czarny płaszcz, skrył pod nim butelkę bursztynowego ukojenia. Ucałowawszy śpiącą już żonę, spojrzawszy raz jeszcze na ukochane usta, wyszedł z sypialni, minął pokój dziecięcy, zamknął stare drzwi ich wiekowego domu. Wybrał się niespiesznie na ostatni spacer nad Wisłę.
Nad ranem dopijał szkocką, siedząc na moście z nogami luźno spuszczonymi w dół. Nikt nie patrzył, gdy zsunął się cicho, leciał płacząc gorzko i zanurzył się w krzyczącej w pośpiechu głębi lodowatej wody.
Pozwolił mętnej fali obmyć słone od łez policzki, zalać płuca. Tak lekko było mu przestać oddychać. Zasypiał spokojnie, patrząc w wyimaginowane twarze, wyciągnięte ramiona bliskich, chcących go uściskać. Chwytał zamroczony dłonie Alicji, Weroniki, tulił małego Tobiasza.
Aż w końcu nie czuł już nic, poza ciepłem.
***
Bez większych wstępów:
Kończył się śnieżny grudzień, wracali z Karpat, w którym łamali się opłatkiem na tle górskich grani. Mała Weronika z dwoma grubymi warkoczami uplecionymi na pożegnanie przez gospodynie zakopiańskiego hotelu, który stał się ich domem jak pasterska stajenka mesjasza dwadzieścia wieków wcześniej. Alicja gładziła przez delikatny sweter krągły brzuch, skrywający ich drugie dziecko. Nienarodzony jeszcze chłopczyk dobijał się rączkami i nóżkami do świata skrytego w czerni zimowego popołudnia. Pragnął spotkania ze światem aż zanadto.
Tomasz prowadził auto bocznymi drogami, mniej ruchliwymi i pięknymi swą samotnością. Zatracili się gdzieś w nieprzebytym lesie, gdzie droga była dniem lśniąca od lodu, a po zmierzchu niewidoczna w zbyt rzadkim blasku latarni. Gdyby nie zmęczenie ukochanych przez niego towarzyszek, zabrałby je na spacer po nietkniętym śnieżnym puchu.
Nietkniętym, lecz tylko ludzką stopą. Dzieci lasu biegły wzdłuż szosy w takt wewnętrznego głosu instynktu. Były tak nierozumne.
Jedna z córek dziczy, obdarzona tak karmelowymi oczami, wbiegła pod wpływem nieznanego impulsu na pustą przestrzeń ulicy. W prawym oku zamrugało światło. Słyszała pisk spod ciężkiego auta i czmychnęła, nim wpadło ono w jej dom. Uciekała za siostrami, nie rozumiejąc nic, nie myśląc nawet o tym, co się stało, czując tylko strach wymykający powoli ze świadomości.
Tak właśnie stracili Tobiasza.
Muszę się konkretnie wygadać. Pisanie krótkich postów jest płytkie i nie chcę już dzisiaj tego robić.
Boli mnie brzuch, bo w akcie desperacji zjadłam połowę czekolady. Ogólnie mało ostatnio jem. Bardzo mało. No i bez mięsa zupełnie.
Wiecie, że mężczyźni niejedzący mięsa, a pijący sok ananasowy mają słodszą spermę? A ja, jako wegetarianka, zauważyłam, że mam wyczulone kubeczki smakowe. Fajnie, fajnie. Wegetarianizm jest całkiem przyjemny.
Wydałam dzisiaj prawie cały budżet tygodniowy, bo kupiłam mamie na urodziny puder. Drogi, ale mamie nie można żałować. Szkoda tylko, że nie kupię sobie witaminek i moja dieta będzie trochę zbyt uboga… W internacie ciężko o wartościowe posiłki. Nie mam w zwyczaju wybrzydzać, ale tak już tu jest. Polecam serdecznie wszystkim, których stać na jedzenie poza internatem. Instytucja sama w sobie bardzo przyjemna.
Chodzi mi po głowie wiersz Asnyka. Umiem już cały na pamięć…
Między nami nic nie było!
Żadnych zwierzeń, wyznań żadnych,
Nic nas z sobą nie łączyło,
Prócz wiosennych marzeń zdradnych;
Prócz tych woni, barw i blasków,
Unoszących się w przestrzeni,
Prócz szumiących śpiewem lasków,
Prócz tej świeżej łąk zieleni,
Prócz tych kaskad i potoków,
Zraszających każdy parów,
Prócz girlandy tęcz, obłoków,
Prócz natury słodkich czarów,
Prócz tych wspólnych, jasnych zdrojów,
Z których serce zachwyt piło,
Prócz pierwiosnków i powojów
Między nami nic nie było!
Ku pokrzepieniu serc spragnionych piękna liryki.
Tak prywatnie i ode mnie teraz 5 krótkich wersów;
Doktorze
amputowałeś serce
Ustąpiły motylki w brzuchu
już nie boli
Dziękuję.
Nienawidzę się za prozaiczność mojej liryki. Kiepsko piszę, wybacz mi Świecie.
Kocham jednak sło
W moim cudownym internacie jest takie nikomu do niczego nie potrzebne piętro, na którym nie zainstalowano grzejników, tylko bardzo duże okna, oddające przenikliwy chłód nocy.
Jak mi tu dobrze.
Ciemno, cicho, tylko ze słuchawek dochodzą upragnione dźwięki. Jeszcze ta samotność…
Oto moje idealne, perfekcyjne miejsce do oglądania „Światełka do nieba”.
Nawet tu słychać stłumione krzyki WOŚPu…
Jeszcze kilka minut.
W sumie chciałoby się dzielić teraz z kimś samotność. Tu starcza jej dla dwóch.
WOŚP zawsze spędzałam z bliską osobą. Odkąd brałam w nim udział. Smutno trochę nie dopełniać tradycji.
Przed chwilą smucił mnie chłód ścian. Teraz jest bez porównania gorzej. Tyle tylko, że tu nie oczekuję ciepła… Tu ma być z definicji zimno. Z tym zimnem z kolei trzeba się zaprzyjaźnić. To w końcu tylko kilka centymetrów szkła w obliczu rześkiego mroku.
Chyba moje tradycje powinny zostać w starym domu. Tu nie ma na nie miejsca.
Zaczynają…
|
|