Mam w zwyczaju mówić, że nienawidzę czegoś, jeśli wzbudza to we mnie zbyt silne emocje. Taka forma obrony przed słabością.
Więc nienawidzę „Gladiatora”. Nienawidzę.
Nie muszę chyba pisać o tym filmie. Każde słowa będą zbędne.
Zanosiłam się w spazmach płaczem przez godzinę z drobnymi przerwami, po których wznawiałam ze zdwojoną ilością łez.
Nie mówmy o tym filmie.
Przyszło mi doczytać „Samotność w sieci”.
Siedziałam na łóżku przy współlokatorkach, a łzy kapały mi regularnie przez 10 ostatnich stron.
Januszu Leonie Wiśniewski – nienawidzę Cię. Nie martw się, w przypadku pisarzy nie ma większego komplementu. To nawet więcej, niż gdybym powiedziała, że Cię kocham.
Płakałam jeszcze kilka dni temu. Po świętach spędzony w cudzym domu pojechałam do skłóconych z moją samotną matką teściów owej, a właściwie do mojego domu.
Płakałam w niebieskiej toalecie na myśl o powrocie do obcego mi prawie mieszkania.
Po latach dzieciństwa tak bardzo chciałam być w domu. Tak po prostu.
Wyrzuciłam z siebie miniony miesiąc. Prawie.
Nie zawsze płaczę, kiedy umieram z bólu.
Czasami po prostu trzęsę się z nerwów i nie mam siły płakać nad beznadziejnością losu.
Właśnie przecięłam się w pół i odsłoniłam miękkie tkanki wnętrza na świat.
Pewnie zaraz ktoś mnie zauważy, skrzywdzi chłodem i znów będę płakać.
Życzcie mi łez ze wzruszeń.
