|
|
Dla zainteresowanych podkładem muzycznym:
Eleck The Dead – Serj Tankian.
Jedyne o czym teraz marzę to jak najszybsze przeminięcie tego tygodnia.
Chce mi się spać i nie mogę już patrzeć na notatki.
Plecy bolą mnie strasznie, bo siedzę oparta o najzimniejszą ścianę, z jaką kiedykolwiek miałam kontakt. Litości.
Chyba brakuje mi faceta. Heh, śmieszne to dość, bo przecież piętro wyżej jest ich mnóstwo, a nawet na ulicy jacyś prostacy próbują mnie w prymitywny sposób poderwać. Przecież w każdej chwili mogę iść do jednego z bliższych mi przedstawicieli płci przeciwnej i z oczami Kota w Butach poprosić o przytulenie.
Niech by to wszystko, nie chcę. To już by była oznaka słabości. Ja w końcu nie powinnam takowej wykazywać. Kto jeśli nie ja będzie grał bezproblemową dziewczynę, na której trudno się zawieźć?
Piszę bez sensu i ten wpis nie ma żadnej wartości, ale chcę się do kogoś odezwać.
Chcę poprowadzić taki swój mały monolog do przypadkowego odbiorcy, który dzięki swojej bezosobowości nie może mnie zranić.
Do wszystkich antyfanów Serja Tankiana i Systemu – wasze głosy nie mają nawet częściowo takiego wpływu na całe moje jestestwo, jak głos tego faceta i dziś nie chcę słuchać krytyki względem niego. Za mocno na mnie oddziałuje.
Kończę już tą farsę, nic nie znoszę.
Życzcie mi weny, czasu i ciepła, bo marznę przy tej ścianie.
Może i wyłam z bólu, kiedy poparzyłam rękę, ale nie płakałam.
Łzy za to stanęły mi w oczach, gdy przyszło mi słuchać, że F. czuje się zraniony, oszukany, wystawiony do wiatru, że traci wiarę w kobiety, bo przecież dla jednej z nich jeździł co tydzień jakieś 2 godziny pociągiem, żeby tylko spędzić z nią dzień.
Przecież… kto jak kto, ale on nie zasługiwał na zdradę i oszustwo. Mogę stwierdzić, że nie znam porządniejszego faceta. Od września, kiedy zaczęli być razem, nie widziałam żeby dotknął jakąkolwiek dziewczynę, a przecież spędzam od miesięcy całe dnie w jego pokoju.
Nie sądziłam, że mam empatię na tak wysokim poziomie… Nie ważne.
Jak widać nie dość było mi emocji i łez, bo wybrałam się dziś na premierę kultowego (moim zdaniem przynajmniej) Sherlocka Holmesa. O ile cały film był bardzo pozytywny, pełen komicznych sytuacji i dialogów, a tyle na powidzenia zmiażdżył mnie psychicznie, kiedy ze świadomością, iż Holmes jest niezniszczalny i nie może umrzeć patrzyłam, jak spada w mroźne wody potoku. Czemu tak łatwo poddaję się sugestywnym obrazom? Czemu upozorowana, wyreżyserowana przez producentów śmierć poruszyła mnie na tyle, że z moich szaroniebieskich oczu znów leciały ciągłymi strugami łzy?
Jestem na tyle zmęczona, że nie stać mnie już na emocjonalne stwierdzenie, że nienawidzę tego filmu. Generalnie na nic mnie już dzisiaj nie stać. Niech żyje pisanie w Wordzie w autobusie, bez dostępu do internetu…
Życzcie mi łez szczęścia. Na razie dość mam wzruszeń…
Po całym dniu zajętym, a zakończonym o 1 w nocy biorę się do pisania.
Miałam wczoraj stosunkowo stresującą akcję w internacie. Otóż stałam sobie koło 22 schowana we wnęce za miniaturową lodóweczką chłopaków w ich pokoju, kiedy jedna z mniej przyjemnych wychowawczyń przyszła sprawdzić, czy wszyscy na piętrze moich kolegów są w swoich pokojach i czy nie ma gdzieś nieproszonych gości w postaci dziewczyn. Spędziłam bite 10 minut w odległości metra od tej ociężałej kobiety, zasłaniana przez kolegów odcinających jej drogę do lodówki, do której się doczepiła, bo ponoć prąd się marnuje.
Dawno moje małe serducho tak szybko nie biło.
Stres, stres, stres.
Jaka szkoda, że wszystkie łóżka u chłopaków były zajęte. Muszę sobie zorganizować jakiś nadmuchiwany materac.
Po co przeżywać kolejne chwile grozy biegnąc w skarpetkach na swoje piętro, a potem budzić mimowolnie śpiące lokatorki?
Za dobrze mi się żyje u kolegów… Och, ja nieszczęsna.
Służyłam wczoraj F. jako wierny słuchacz. Dziewczyna go zostawiła, wystawiła, zdradziła, nie wiadomo co jeszcze. Niby jej nie kochał, ale tak jakoś… Z resztą wiem jak to jest, a opisać sama nie umiem. Liczę więc na empatię, Czytelniku.
Może też w stosunku do mnie. Dlaczego musiałam zostać zaszuflatkowana jako dziewczyna, która może być świetną koleżanką czy przyjaciółką, prawie lokatorką, jako dziewczyna będąca w stanie dla nich wszystko i o każdej porze zrobić, załatwić, której można zaufać i na którą można liczyć?
Czemu mi to nie wystarcza?
Zdecydowanie za bardzo lubię ich towarzystwo. Tak, przede wszystkim jednego, ale nie będę aż takiej słabości odsłaniać na blogu…
Trudno, dla każdego z nich mogłabym stawać na rzęsach, gdyby któryś poprosił. Jak wspólnie stwierdziliśmy – ja u nich prawie mieszkam…
Życzcie mi… życzcie mi nadmuchiwanego materacu.
Z ust I. padło dzisiaj po wyjściu O. z pokoju stwierdzenie, że jest ona tępa i że dziewczyna w wieku 18 lat powinna być bardziej ogarnięta.
Płakać mi się chce, gdy myślę o tym stworzeniu. Otóż moje I. i D. po powrocie ze szkoły siadają przy książkach i… i tak już siedzą do wieczora. Robią w pewnych momentach rzeczy na wskroś dziecinne i bezsensowne, jak bieganie po internacie w kocu i spodniach z Hello Kitty, ale już nie wiem co jest gorsze.
Na dobrą sprawę nie mają życia towarzyskiego w tym cudnym mieście. Opuszczają budynek internatu tylko w celu udania się do szkoły bądź sklepu. Gdzie tu rozwijać ma się kultura?
I. przy O. podlizuje jej się bezustannie, a jednocześnie kpi z niej za plecami.
Gdybym chociaż odrobinę przejmowała się jej osobą, bałabym się pomyśleć co dzieje się za MOIMI plecami.
Spytam otwarcie – czy średnia w okolicy 4 w renomowanym liceum, do jakiego przyszło mi chodzić jest zadowalająca? Patrząc na długość mojej nauki, ilość moich spotkań z bardzo, BARDZO barwnymi ludźmi i ogólne życie wewnętrzne prowadzone w najpiękniejszych miejscach miasta – średnia jest cudowna i śmiem przypuszczać, iż bardzo zbliżona do średniej I. czy D.
Czy to naprawdę jest życie? Takie siedzenie przy książkach, żeby siedzieć przy książkach, a potem siedzieć przy papierach? Tylko nie przy literaturze – przy podręcznikach do liceum, na studia, a później przy jakichś śmiesznych dokumentach zalewających każde biuro. Ja dziękuję.
O ile pełniejsze wydaje mi się moje bytowanie wśród literatury pięknej, pełnej doskonałego stylu, który przetwarzam i wykorzystuję w moim amatorskim dziele, jakim jest wychodząca spod mojej ręki drobnymi kroczkami książka.
O ile dźwięczniejsze jest moje życie wśród poezji, której I. nawet nie potrafi zrozumieć.
O ile mocniej błyszczą moje oczy, kiedy widzę niepowtarzalne piękno otaczającego mnie świata, w którym I. widzi tylko szarość i brud.
Za dużo patosu, zbyt podniosły styl…
Dziś nie życzcie mi niczego
Życzcie I. lepszego, bo pełniejszego życia.
Po drobnym referendum przeprowadzonym wśród znajomych stwierdzić mogę, że to postanowione – robię sobie dredy.
W najbliższym czasie ludzie zaczną mnie postrzegać jako słuchającą reggae, niedomytą buntowniczkę. Może być ciekawie.
Nijak stereotypy mają się do mojej osoby i – podejrzewam – do innych posiadaczy dredów. Osobiście słucham rocka, głównie cięższego, nie zdarza mi się opuszczać internatu bez prysznicu, a buntować nie mam się przeciw czemu, bo system nie ma na mnie sposobu.
Jeśli więc rzuci się wam kiedyś w oczy dziewczyna na obcasach, z dredami i dużymi oldschoolowymi słuchawkami, z których bić będzie muzyka Iron Maiden, Pink Floyd, Linkin Park, System Of A Down lub w rzadkich przypadkach 30 Seconds To Mark czy Kings Of Leon – to pewnie mogę być ja.
Do wszystkich kochających reggae posiadaczy „macek” – wybaczcie, że taki odmieniec wykrada wam tak charakterystyczny symbol. Nie mam solidnego usprawiedliwienia, po prostu uważam takie włosy za coś wartego uwagi, przemawiającego do mnie bardziej niż muzyka z nimi kojarzona.
Chyba jestem dość złożoną osobą…
Ciesząc oczy obrazami Renoira, czytając wiersze Asnyka z muzyką Linkin Parku w tle, będę już niedługo wplatać różne ozdóbki w permanentne warkoczyki.
Życzcie mi wytrwałości, kiedy znajomi i znajomi znajomych dorwą się do splatania moich gęstych, ciemnobrązowych pukli włosów.
Tuż przed wyjściem z internatu zrobiłam sobie herbatkę w termosiku, zakręciłam go i… poparzyłam sobie dłoń prawie wrzącą wodą. What a wonderful world.
Ból pali mi palce od rana, więc nie będę się zbytnio rozpisywać.
Może przybliżę nieco moje warunki mieszkalne; żyję w internacie z I., D., i nową lokatorką, na wieść o której I. niemal wyła z rozpaczy, więc od razu pokochałam tą dziewczynę.
Przepełniona radością szarpałam się po powrocie ze szkoły z łóżkami, by jak najmilej się nam mieszkało.
Pali, pali, pali…
Moja nowa lokatorka – O. – wydaje się całkiem Okey. Łuhu, jakoś to będzie.
Co prawda mamy strasznie mało miejsca, ale kto by się tym przejmował. Byle nie była gorsza od pozostałych dwóch
Białka w palcach mi się ścięły, a z bólu kręci mi się w głowie, więc na razie dam sobie spokój z tworzeniem niebotycznie pięknych zdań i ambitnych notatek.
Życzcie mi szybkiej regeneracji.
O ile wydłubywanie mięsa z gyrosa było do zniesienia, to jedzenie suchych ziemniaków, marchewki i jakiejś surówki na obiad było dość dziwne… Daję radę. Zero mięsa i słodyczy. Nie ma to jak nie złamać się pierwszego dnia.
Mamusia bez krępacji wyrażała wątpliwość względem mojego samozaparcia.
Jak można we mnie nie wierzyć? Powiedziałam sobie, że pójdę do najlepszej szkoły w województwie, że zamieszkam w internacie i już pół roku pięknie mi się tu wiedzie.
W tym wieku nie przychodzą mi już chyba do głowy dziwne kaprysy.
Trzeba traktować swoją osobę poważnie. Jeśli nie ja, to już nikt mnie tak nie potraktuje, prawda?
Czas wziąć się za inne postanowienia.
Książka sama się nie napisze.
Życzcie mi samozaparcia i natchnienia.
Rozmawiałam ze znajomym po Sylwestrze.
- Jak tam?
- Jakoś zleciało, z mamusią i jej facetem.
- Czyli się nie najebałaś?
- Od kiedy pije się tylko po to, żeby się najebać?
- No a po co pić?
Dlaczego przeraża mnie taki sposób myślenia?
Czemu nie dostrzegam niczego przyjemnego w piciu na umór, rzyganiu po kątach, braku kontroli nad sobą? Czy wizja urwanego filmu, zalegnięcia w jakiejś łazience czy pod stołem oraz leczenia kaca przed cały długi dzień mnie nie pociąga?
Przecież tak teraz się bawią.
W końcu czy nie po to jest alkohol, żeby palić szare komórki i odbierać pamięć, świadomość i kontrolę?
Wypiłam drinka, którego mama z ciężkim sercem mi zrobiła i lampkę szampana, przepraszam – wina musującego.
Całkiem ciekawie podziwiało się pijącego po kryjomu faceta mamusi. Koło północy już ledwo trzymał się na nogach.
Nie ważne
Spędziłam cudowny wieczór z koncertem System Of A Down na Youtube.pl, przesłuchując wszystkie ich płyty, aż miałam mdłości od nadmiaru głośnej muzyki, docierającego do moich biednych uszu.
Drodzy Serju i Daronie – nienawidzę was z całego serca, przyjedźcie do Polski, bo niczyja muzyka tak na mnie nie działa.
Moi kochani znajomi – nieszczerze wam zazdroszczę dzisiejszego kaca, a wasze szare komórki nie stanowią przecież tak wielkiej straty. Przecież i tak nie są potrzebne.
Życzcie zdrowia mojej szarej masie w mózgu.
Nie, to nie tak, że czepiam się, iż traktują mnie jak dziecko. Nie mam tych 18 lat, więc ok.
Szkoda tylko, że inne dzieci tracą dziś przytomność z przepicia, marzną w śniegu, którego prawie nie ma i rozszarpują sobie dłonie petardami.
Chyba jednak wolę być jak inne dzieci. Bawić się w dorosłych, kręcić się w kółko w rytm muzyki nie wnoszącej nic poza rytmem, pić gorzką wódkę, bo przecież wszyscy piją, bo nie odmawia się znajomym, bo tak jest weselej, bo (…).
Kolejny, ale już ostatni raz w tym roku przychodzi mi udawać zadowolenie i próbować nie psuć otoczeniu wieczoru, w którym jednak wolałabym nie uczestniczyć.
Przecież nie mogę okazywać niewdzięczności. Dobre, przykładne dzieci tak nie robią.
Życzcie mi wytrwałości i udanej ucieczki na rynek.
Szczęśliwego Nowego Roku.
Niech nasze ręce pozostaną w jednym kawałku.
Przecież musimy pisać.
Mam w zwyczaju mówić, że nienawidzę czegoś, jeśli wzbudza to we mnie zbyt silne emocje. Taka forma obrony przed słabością.
Więc nienawidzę „Gladiatora”. Nienawidzę.
Nie muszę chyba pisać o tym filmie. Każde słowa będą zbędne.
Zanosiłam się w spazmach płaczem przez godzinę z drobnymi przerwami, po których wznawiałam ze zdwojoną ilością łez.
Nie mówmy o tym filmie.
Przyszło mi doczytać „Samotność w sieci”.
Siedziałam na łóżku przy współlokatorkach, a łzy kapały mi regularnie przez 10 ostatnich stron.
Januszu Leonie Wiśniewski – nienawidzę Cię. Nie martw się, w przypadku pisarzy nie ma większego komplementu. To nawet więcej, niż gdybym powiedziała, że Cię kocham.
Płakałam jeszcze kilka dni temu. Po świętach spędzony w cudzym domu pojechałam do skłóconych z moją samotną matką teściów owej, a właściwie do mojego domu.
Płakałam w niebieskiej toalecie na myśl o powrocie do obcego mi prawie mieszkania.
Po latach dzieciństwa tak bardzo chciałam być w domu. Tak po prostu.
Wyrzuciłam z siebie miniony miesiąc. Prawie.
Nie zawsze płaczę, kiedy umieram z bólu.
Czasami po prostu trzęsę się z nerwów i nie mam siły płakać nad beznadziejnością losu.
Właśnie przecięłam się w pół i odsłoniłam miękkie tkanki wnętrza na świat.
Pewnie zaraz ktoś mnie zauważy, skrzywdzi chłodem i znów będę płakać.
Życzcie mi łez ze wzruszeń.
|
|